Skocz do zawartości

Jerzzy

Modelarz
  • Postów

    5
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Ostatnia wygrana Jerzzy w dniu 24 Sierpnia

Użytkownicy przyznają Jerzzy punkty reputacji!

Reputacja

46 Excellent

Informacje o profilu

  • Skąd
    Polska
  • Imię
    Jerzzy

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Processing modeli i oficjalne otwarcie mistrzostw. j Film z nowym rekordem i następny co wiatr robił z modelem zabalastowanym po korek podczas startu
  2. Podróż na mistrzostwa zaplanowaliśmy na tydzień przed ich oficjalnym rozpoczęciem. Cel - polatać na zboczach, na których odbędą się zawody, aklimatyzacja i adaptacja modeli do nowych miejsc. Pojechaliśmy na dwa samochody (dwa Jurki w jednym i Paweł z żoną w drugim) solidnie załadowane modelami, materiałami do napraw (co nie jest rzadkością w F3F) i prowiantem na przeżycie Do przejechania tylko 2200km... Start w niedzielę o 8.30 zakończył się po północy we Francji. Krótki 5 godz. sen i już o 16 po 800 km dojechaliśmy do zbocza Vittoria. Francja bardzo dba o kierowców, średnio co godzinę przystanek na bramkach autostradowych, aby w marazm wielogodzinnej jazdy bez przystanku nie popaść. Vittoria to latanie na zboczu, a właściwie uskoku skalnym o przewyższeniu do doliny 800m! Stojąc na krawędzi, widać drugą stronę doliny z bliźniaczym uskokiem spowitą w chmurach. Tak, mieliśmy szczęście, że na tej wysokości te chmury nie przemieściły się na nasze zbocze. Latanie tam to nowe życiowe doświadczenie. Stoi się 3m od klifu, gdzie dołu nie widać. Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach i instynktownie pilot przykleja się do sosny, przed którą się stoi podczas lotu. Nie można tam zrobić nieprzemyślanego kroku, ale modelarze to istoty, które szybko się adaptują do nowych warunków. Modele rzuca się często w nic, bo wydmuch zaczyna się parę metrów dalej i nie ma dojścia do samej krawędzi. Chwila strachu na początku, a potem ogień i czysta adrenalina. Latamy na zmianę i adoptujemy się charakterystyki zbocza. Lądowania zawsze z partnerem - droga na lądowisko trochę wyboista i asekuracja jest obowiązkowa. Lądowania od zawietrznej w rotorze i trzeba zmieścić na obszarze ~20m x 20m. Dwa lądowania i już czujemy "bluesa". Kończymy, kiedy natura mówi dość i słońce się chowa. Latarki na następny wyjazd trafią na listę obowiązkową. Drugi dzień to Punta Ballota - niesamowity pionowy klif nad morzem. Laminarny opływ ze składową pionową ok 10m/s. Trenujemy zupełnie inny styl latania niż na naszych górkach. To dwa różne światy i style. Zmiana mind setu. Nowe trymowania i przyzwyczajenie się do widoku, odległości i wysokości n.p.m. Po przelataniu wszystkich modeli natura wyłączyła światło i musieliśmy wracać. Środa to zbocze zachodnie z mniejszym wiatrem również 90 m wypiętrzone n.p.m. Wiatr był mocno po skosie i klif pracował, ładnie go "naprostowując". Tu trzeba uważać, by nie wyjść za daleko w morze - strefa sensownego pionowego wiatru to kilkanaście metrów, potem zaczynają się kłopoty. Dolataliśmy modele na tym zboczu, a kiedy dzień miał się ku końcowi - odwrót na kwaterę, gdzie Ania przygotowała znakomitą rybkę - świeżego dorsza. Ehhh co to za dorsz był... Czwartek to deszczowy dzień na odreagowanie i zbalansowanie emocji. Trzy dni zupełnie innego latania niż to, do którego jesteśmy przyzwyczajeni na kontynencie. Po południu szybko przebiegający "processing" modeli i wieczór w lokalnej restauracji (kraby, krewetki, żeberka i to, co każdy lubi najbardziej). W piątek po porannym deszczu z ogromną chęcią na latanie jedziemy ponownie na zachodnie zbocze. Niestety identycznym pomysłem wykazała się ponad połowa pilotów (34 modele w kolejce do latania) i czas oczekiwania na 3 min lot wyniósł 2 godz. Udało się zrobić po 3 loty (niektórzy mieli szczęście i loty były mierzone - organizator z dobrej woli ustawił aparaturę do pomiaru czasu), a kiedy wiatr osłabł na tyle, że nie warto już ryzykować, Jurki pojęły decyzję - idziemy popływać! Sobota to pierwszy dzień zawodów pre-contest, które odbiły się na klifie Punta Ballota. Już wiedzieliśmy, jak się tam lata, wiec wzmagający się od rana wiatr był nam znany. Kolejka to ok 2 godz. Pechowcy z początku latali w wietrze 10m/s co dawało czasy <40s. Ja, lecąc z rana, zrobiłem 38s i zadowolony czekałem na loty kolegów. Paweł miał już lepszy wiatr i 35s, Jurek jeszcze lepiej i 32s. Wiatr wzmagał się by po 2 godzinach osiągnąć >20m/s. Na zawietrznej w rotorze, gdzie zawodnicy mieli obozowisko wiało ponad 22m/s. W takiej sile wiatru modele same odlatywały, a namioty przestawały istnieć. Wagi modeli z 3,5kg zaczęły rosnąć, 4,1kg kończąc na >4,5kg. W takich warunkach Jurek wykręcił czas 27s, który jest nowym rekordem Polski! Paweł latał w optymalnej trajektorii osiągając 30s i 31s, ja regularnie 32s i 33s. Wszyscy zawodnicy bacznie obserwowali rywali, starając się zbudować optymalną drogę lotu. Wszyscy, którzy cieszyli się super lotami <30s i dobrymi punkami, zostali ustawieni w szeregu, kiedy Lukas Gaubatz ustanowił nowy rekord świata - 23s! W takich warunkach nie obyło się bez kilku dewastacji modeli, kilku połamanymi kadłubami czy skrzydłami, spektakularnym uziemieniem na klifie, gdzie model zmienił stan skupienia w niebyły. Pierwszy raz widziałem również, jak z przeciążenia pęka bagnet w locie, skrzydła zamieniają się w wiatrakowce, a kadłub leciał jeszcze >300m w kukurydzę. Takie małe igrzyska, gdzie po dwóch kolejkach zawodnicy zaczęli się wykruszać. Nasza polska twarda ekipa latała do końca i każdy zrobił swoją życiówkę Drugi dzień to już znane nam zbocze zachodnie z wiatrem mocno zmiennym - początki kolejki (pójdę zagrać w lotto - znowu leciałem na początku dnia) to loty 5x s. z wiatrem ok 5m/s. Następne pół godziny i 7...8m/s pozwalało latać 4x s. Jurek obrał optymalną trajektorię i popisowo poleciał 41s. Po południu wiatr zaczął spadać i ponownie pojawiały się wyniki 5x s. Pre-contest zasłużenie wygrał mistrz świata ze świeżym rekordem 23s. Trudno już sobie wyobrazić, jak można polecieć szybciej. Nasze miejsca to 6 Jurka, 17 Pawła i 22 moje. Wszyscy zrobili swoje rekordy, nikt się nie połamał i z ogromną mobilizacją jutro rozpoczynamy oficjalne Mistrzostwa Świata. Wieczorem odbyło się oficjalne otwarcie zawodów, gdzie wszystkie ekipy zostały przedstawione. Naszą flag-mistrzynią była żona Pawła, która w wolnych chwilach rozpieszcza kulinarnie nasze podniebienia Co więcej potrzeba do szczęścia? Pyszne kolacje od Ani są, życiówki są, świetna atmosfera i wola walki jest - pełnia zadowolenia. Wyjazd dofinansowano ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki
  3. Jerzzy

    F5J zaczynamy

    Parę słów z weekendowych zawodów znanych jako Samba Cup. Dla wielu pilotów latających F5J, w moim odczuciu, jest to cel corocznej modelarskiej letniej pielgrzymki do miejsca gdzie przyjeżdża cały świat najlepszych pilotów. Nie przesadzę twierdząc, że są to alternatywne mistrzostwa świata w tej konkurencji. Miejsce jest z jednej strony malownicze - pagórki, łąka i las. Z drugiej wymagające i pełne nieoczekiwanych zwrotów w pogodzie, warunkach do latania a co za tym idzie samej techniki lotów i przygotowania. W tym roku po raz pierwszy zawody odbyły się w pełnej formule 3 dniowej (piątek-niedziela) z ośmioma rundami kwalifikacyjnymi i trzema finałami. Na starcie stanęło ponad 140 pilotów na 17 stanowiskach startowych. Polska zameldowała się z 10 pilotami (Romek, Piotrek, Ryszard, Jarek, Tomek, Konrad, Radek, Mieczysław, Damian, ja) i niezawodną Zenią (andruty nie z tej ziemi - kto jadł, robił do nich maślane oczy). Taką ekipą zbudowaliśmy obóz zawodniczo-treningowo-kulturalno-rozrywkowy z kilku połączonymi Colemanami, grillem, zapasem wzmacniaczy smaku, humoru i super przyjacielskiej atmosfery W dzień przyjazdu (czwartek) wiał średni wiatr 5-6m/s i trenowaliśmy głównie "średniakami" i jak to przed i po zawodach wszystkie loty i idealnie w centrach kominów z wysokości 20-30m. Pierwsze oficjalne loty w piątek rano to odwrotność poprzedniego dnia. Spokojna słoneczna pogoda z niewielkim wiatrem zachęciła do ostrożnych startów w pierwszej kolejce. Zachęceni piloci, z drugiej i następnej, idąc za ciosem zaczęli coraz odważniej szukać termiki, szczęścia z niskimi startami i... coraz więcej zer zaczęło pojawiać się na wynikach. Jak mawiają "hero or zero". Z upływem czasu wiatr się wzmagał i niespodzianek było coraz więcej. Ładna słoneczna pogoda, umiarkowany wiatr, termika czyli dobra "jotkowa" pogoda, a w niektórych rundach połowa wyników to zera... Modele ze 150m ledwie dolatywały kilku minut, inni piloci odchodzący z kominami wracali na silniku, bo kilkaset metrów wysokości nie starczało na dolecenie z odległości kilkuset metrów do punktu. Krótko mówiąc - zero rollercoaster. Loty z wysokości 150-200m stały się konieczne do dolatania 10min. Popołudnie to uspokojenie pogody i powrót do ~50m startów. W międzyczasie zaśpiewaliśmy również sto lat Piotrowi na jego urodziny. Sobota to jeszcze w miarę spokojne wiatrowo pierwsze kolejki i zwiększający na sile wiatr, który regularnie na ziemi zaczął osiągać ~8m/s (w porywach jeszcze więcej) co dawało w powietrzu efekt, że model 2kg pod wiatr się nie przebijał. Jedyna taktyka jak zostawała to loty pod 200m, nierzadko 250m i wiszenie z halsowaniem na lewo i prawo. Nawet takie wysokości nie gwarantowały 10min i po kilku minutach było się na ziemi lub wracało na silniku, bo 3 odejścia z termiką kończyły się daleko od startu bez szansy powrotu. Pechowo jeden z modeli naszej ekipy w kotle termiczno-wiatrowym zniknął za lasem i mamy nadzieje, że organizatorzy dostaną informację, kiedy go ktoś odnajdzie. Ten dzień również był mega pechowy dla naszej ekipy pozbawiając możliwości lotów w finale z polskim udziałem. Dzień zakończyliśmy po siódmej kolejce z oczekiwaniem na wieczorną tombolę (loterię) i z nadzieją na pomyślne losowanie (gdzie szansa rosła proporcjonalnie do zainwestowanych $ w kupony). Wyniki loterii oraz lotów z dwóch dni usankcjonowaliśmy wzmacniaczami dobrego humoru i gawędami na tematy wszelakie. W niedzielę odlataliśmy spokojną ostatnią rundę, gdzie wielu aby dojść do finału zaryzykowali "all or nothing" i zer nie brakowało. Finał to 3 loty, gdzie pierwsza runda obfitowała w widowiskowe niskie starty <10m i równie szybkie lądowania. W drugiej kolejce już wysokości zaczęły rosnąć, a w trzeciej były jeszcze wyższe co od razu przełożyło się na mniej zer. Po trzecim lądowaniu całe lotnisko usłyszało ogromną radość z teamu czeskiego, gdzie Jana jako pierwsza kobieta wygrała te prestiżowe zawody modelem firmowym o potocznej nazwie prestiż
  4. Jerzzy

    F5J zaczynamy

    Ze swojej strony (i myślę, że w imieniu wszystkich zawodników, bo nie było okazji powiedzieć tego na zakończeniu) chciałbym podziękować Romkowi Czerwińskiemu, całemu zespołowi pomocników oraz sędziom za przygotowanie nowego miejsca do latania F5J. Damianowi należą się szczególne słowa uznania za sprawne prowadzenie zawodów, organizację oraz logistykę sprzętu. Do tego sam latał, pomagał innym i dopilnował, żeby wszystko działało jak w zegarku. Połączenie roli organizatora, pilota i pomocnika w jednej osobie to naprawdę duży wysiłek — tym większy szacunek i ogromne brawa 👏👏👏
  5. Jerzzy

    F5J zaczynamy

    Po analizach pogody na długi weekend razem z Ryszardem zdecydowaliśmy się pojechać na Cassoviacup do Słowacji. Na godzinę przed zamknięciem zapisów, dwa ostatnie wolne miejsca zostały wypełnione i zapisy zamknięte. Prognoza na zawody była super wakacyjna - niewielki wiatr i 30...33°C. Modele spakowałem w czwartek rano, 15 litrów mineralnej (tak, 10 butelek) i w drogę. Dystans to 550km (Ryszard miał ~100km więcej), nawigacja pokazywała lekko ponad 6 godzin - da się przeżyć, aby trochę polatać. Długi weekend od piątku, więc pół Polski ruszyło w Tatry tego samego dnia. Przejazd przez znane góralskie miejscowości (Białka, Bukowina, ...) to dodatkowe 1,5 godz. i w pakiecie gratis rozbijanie namiotu w ciemności. Samo lotnisko to prywatny teren użyczony na czas trwania zawodów. Główny pas startowy w kierunku północno-południowym. Na wschód lekkie wzniesienia, a na zachód drzewa i zabudowania po starej fermie drobiu, więc niejako latanie w małej dolinie. Pierwsze loty w piątkowe południe pokazały, że mimo słonecznej pogody jest "zagadkowo". Pierwsza grupa w locie podzieliła się na dwie podgrupy. Trzech pilotów znalazło swój upragniony komin i dolatali 10 min., pozostała piątka robiła co mogła, jednak po kilku minutach wszyscy byli już na ziemi i to z wysokości 120...150m w piękny słoneczny dzień. Tak to już jest, że pierwsi przecierają szlaki (pechowo Ryszard leciał w pierwszej grupie, ja w ósmej, więc mogłem skorygować strategię). Następne grupy widząc co się dzieje, skupiały się na miejscach, gdzie poprzednicy dolatali cały czas. W drugiej kolejce byliśmy z Ryśkiem w jednej grupie i pomagali nam czescy koledzy. Sytuacja zabawna, bo języki podobne, zrozumienie różne, a wynik proporcjonalny do zrozumienia Trzecia runda w piątek kończyła się około 19 lotami na wisielca i jak nie miałeś pod 200 m, to ciężko było dotrwać do 10min... Sobota to ponownie ponad 30°C i bezchmurne niebo. Tu podziękowania dla Jarka za pożyczenie Colemana, bez którego byłoby mega słabo. Nauczeni piątkową himeryczną pogodą, startowaliśmy raczej wyżej, bezpieczniej (>80m) z wynikami punktowymi od 950 do 1000. Niektórym topowym pilotom starty <50m opłacały się i po walce z naturą dolatywali czas, inni kończyli w groszku, na fermie czy drzewie... Niektórzy po trzech zerach pakowali się i wracali do domu Miałem odczucie, że lotnisko w piątek i sobotę znajdowało się w centrum wyżu. Wiatr, mimo że niewielki, z kolejki na kolejkę skręcał na wszystkie strony. Jedna grupa szukała odrywającej się termiki na niewielkim wschodnim wzniesieniu i było ok, a kiedy następna leciała w to samo miejsce, czekała ich niespodzianka i pracowali ciężko by dolatać (jednocześnie piloci, którzy wybrali przeciwną stronę lotniska radzili sobie "na luzie"). Każdy też wypatrywał ptaków, na niebie bez żadnej chmurki, jako wskaźnika. Generalnie ptaki to super podpowiadacz - ale mają też swoje upodobania, które nie są czasem dobrze skorelowane z oczekiwaniami pilotów. W pewnej grupie połowa pilotów poleciała pod dalekiego ptaka. Biedak ten, jak zobaczył 4 bombowce nacierające na niego z wyjącymi silnikami, to szybko zmienił miejsce, do którego już agresorzy nie dolecieli i spokojnie kontynuował krążenie. Wszyscy lecący pod ptaka, po paru minutach byli uziemieni. Druga połowa grupy równolegle bujała się po drugiej stronie lotniska nad drzewami i wylatali do końca czas. Były też odwrotne sytuacje. Sokół na przelocie zachęcony krążącą grupą dołączył się do komina i wszyscy polecieli w stratosferę. Sobota zakończyła się "tombolą", gdzie wszyscy trzymali kciuki, aby to ich numer został wylosowany jako nagroda główna (Pike 3PK). Los uśmiechnął się do Jany Strebovej, czyli ... przedstawiciela producenta modelu. Trochę wszyscy się pośmiali, bo to jakby główny sponsor nagrody wylosował swoją nagrodę Otarła tym samym łzy po kompletnym rozbiciu swojego modelu dwie rundy wcześniej. Niedziela, to zupełna zmiana pogody. Temperatura spadła, wiatr się wzmógł, niebo zachmurzone i przelotne poranne opady. Zawodnicy zaczęli składać "średniaki" i zonk... przestało padać i wiać, więc na pole powróciły lekkie modele. Na moje oko latały FAI limits. Z planowanych dwóch kolejek, rozegrano już tylko jedną. Finaliści latali na lekko, ryzykując niskie starty - raz im się udało, raz nie. Czasami zagęszczenie było w kominie tak duże, że jedna kolizja to świetna statystyka. Zderzenie wydawało się dość mocne, modele szczęśliwie się odczepiły, a że był to jedyny komin, gdzie wszyscy latali, piloci kontynuowali i pilnowali jak oka w głowie tego noszenia. Organizacyjnie zawody bardzo dobre. Przerwy na posiłki nie były konieczne, każdy miał wystarczająco czasu by się zorganizować i przeżyć po swojemu cateringowe kulinarne doświadczenie . Woda i otwarty prysznic dostępne na polu to było zbawienie w upały. Prąd był dostępny, toi-toiki nie tylko przywieziono - o 6 rano były serwisowane, a śmieci wywożone na bieżąco. Sprytnie zorganizowano komunikaty - na całym polu namiotowym rozstawiono 4 bezprzewodowe głośniki z odbiornikiem FM. Każdy też mógł na swoim radiu odbierać komunikaty organizatora - proste, działające bez kabli. Słowacy nie używali systemu Gliderscore, mają swój Sorg, który się sprawdził i jest bardziej otwarty. Powrót do domu to powtórka z rozrywki długiego weekendu czyli korki do Krakowa, a potem już z górki i po 8 godzinach własny prysznic. Z wyjazdu jestem bardzo zadowolony. Wnioskowanie i obserwacja jak inni piloci latali w danych warunkach, porównanie i sprawdzenie czy mój scenariusz lotu był optymalny, praktyka ratowania się nad lasem, wiszenie na minimalnym opadaniu, wnioskowanie z obserwacji zachowania ptaków, sprint na 100m po drugiego Altisa w czasie <10s i latanie z kołatającym sercem przez 10 min na wysokości lamperii, powroty ze stratosfery, radość helpera jak podpowiedzi się sprawdzają - wszystko to w gratisie complete_statistic Cassovia cup 2025-3.pdf
  6. Dzień dobry Miło mi bedzie czytać i dzielić się tematami o RC :)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.