Dzień dobry, jestem Andrzej, teoretycznie z Wa-wki a praktycznie z pod Pułtuska - tu zazwyczaj przebywam i pracuję. Powiązanych zawodów nabawiłem się kilku, wszystkie związane z elektrycznością i mechaniką, szczęśliwie będące równocześnie hobby. Najczęściej konstruuję a potem wykonuję prototyp jakiegoś dziwadła, w którym upycham scalaczki, tranzystorki, silniczki, wałki, kółka zębate, czasem jakieś akumulatory i dużo metrów kabelków... W końcu wsiadam na to-to lub do to-tego i ... nie, nie lecę, na razie tylko jadę... Chociaż "napoczęty" napęd wynoszący do szybowca leży i czeka nie wiadomo na co i jak długo jeszcze... Prócz pojazdów elektrycznie ożywianych jest jeszcze trochę elektroniko-elektromechaniki medycznej i rozmaite systemy napędowe do urządzeń (niekiedy) użytecznych. A za karę to muszę to jeszcze czasem wytworzyć w krótkich seriach - te są najtrudniejsze ekonomicznie. Większość tych wydumek ma jednak wspólny mianownik: silnik elektryczny, zazwyczaj BLDC. Rzadko używam fabrycznego, częściej projektuję i wykonuję od podstaw. Bywało już i tak, że pierwszym krokiem była... huta. Świadomość znaczenia czystości stopu magnetycznego dla parametrów wynikowych jednostki prowadziła właśnie tam - do Strzemieszyc. Nie tylko tam i nie jeden raz okazywało się, że grupka napaleńców, to jest, przepra- szam, hobbystów-zawodowców ma nie mniejsze możliwości twórcze niż markowy koncern... Za to dostępność dużo większą. W tej sytuacji dziwne byłoby, gdybym przeszedł obojętnie obok startującego śmigłowca czy czegokolwiek innego, co za sprawą jakiegoś wyjącego lub ryczącego cudu techniki jest w stanie oderwać się od ziemi na użytecznie długi czas. A że mieszkałem o rzut mokrym beretem od lotniska... Właśnie owa użyteczność jest tym czymś, co mnie najbardziej pociąga i motywuje. Chociaż przyznaję, że widok modelu, którego trajektoria i szybkość ani chybi pachną cyrografem jest niewątpliwie fascynujący i wart włożonego weń trudu. Nie wspomniawszy już o czterometrowym 747 na czterech turbinach i kilku podobnych z tej szufladki - vide youtube. Jakoś tak 20 lat temu zadręczało mnie to pytanie: czy latający RC model może być użyteczny, a jeżeli tak, to w jakim stopniu? Na pytanie "do czego" dość liczne podpowiedzi wyobrażnia sama podsuwała. Ale zatrącały zbytnio trywialną fantastyką, więc wolałem nie ryzykować ośmieszenia i cicha- czem spróbować samemu sobie odpowiedzieć. Z pietyzmem poskładałem zakupionego Kyosho Concept 30. Wirnik 1200mm, OSmax 5ccm, serva MPX Royal, radyjko też MPX - "cegiełka" (mam do dziś!). Nie było wtedy symulatorów, ale były obręcze do hula-hop... Co ja się namordowałem... O kosztach nie wspomnę... Pan sprzedawca co i raz witał mnie z coraz szerszym bananem : " ... - Panie Andrzeju, mam dla Pana dwa komplety łopat i ogonek... Aaa, i saneczki ! - Dzięki, jest Pan bardzo zapobiegliwy... - Staram się, zamówiłem w Kyosho jeszcze maszcik i komplecik popychaczy dla Pana... - ???!!! ..." Jasnowidz, kurczę pogięte... Dozbrojony o zestaw filmików instruktażowych (na kasetach VHS podówczas jeszcze), po miesiącu heroicznych zmagań ze złym losem i prawami aero- dynamiki mogłem pogratulować sobie pierwszego w miarę foremnego kręgu nad lądowiskiem, nie zakończonego dramatem. A Pan sprzedawca miał chyba mieszane uczucia, gdy następnym zakupem było już tylko paliwko i pięć świec żarowych. Ale fason utrzymał... Potem był jeszcze jeden taki sam Concept 30, kilkanaście styro-depronów różnej wielkości, Piperek 1,4 m , motoszybowiec, jakiś zgruzowany śmiglak z alledrogo, który dotąd nie fruwał, dwupłacik PT17 (ten na awatarze) i do dziś nieposkładany Bell stylizowany na Airwolfa przez kolegów z Niemiec, podobnie jak "oryginał" z filmu, o którym to "no comments". Galopujący postęp spowodował, że po kilku latach przerwy w temacie wypadłem z kursu i dziś mogę znów dumnie nazwać się "początkującym", niestety w zakresie umiejętności pilotażu to pewnie prawie też. Ale pocieszam się, że wirtualny crash jest niedrogi i łatwy w naprawie, więc muszę wyposażyć się w przyzwoity symulator, bo dawny FMS z szeregowym PIC coś mi zaniemógł i nie mogę go wskrzesić. Tak więc, co tu kryć, przychodzę do Was po wiedzę, która mnie niepostrzeżenie wyprzedziła. Z rzeczy być może modelarsko użytecznych: mam możliwości wykonania wszystkich pomiarów dot. silników elektrycznych do 5kW z wykreśleniem charakterystyk włącznie, przy zachowaniu niepewności pomiaru mniej niż 0,5%. Dokładny pomiar ciągu śmigła lub turbiny także jest możliwy przy wykorzystaniu nieskomplikowanego przyrządu (załączę fotki i opis, jeżeli kogoś to w ogóle będzie interesowało), również z ch-ką F vs. rpm. A tak przy okazji: mierzyłem kilka handlowych silników modelarskich. Skrótowy wniosek jest taki, że jeżeli lista parametrów podawana przez producen- ta jest niekompletna, to zazwyczaj "coś nie gra". Z kompletną listą zetknąłem się tylko kilka razy. Natomiast z niedomówieniami - częściej. Przykład: czy spotkał się ktoś z Was z podaniem ch-ki termicznej zastosowanych w danym silniku magnesów? Powinna być, to jest parametr o pierwszorzędnym znaczeniu dla zgrabnego ominięcia obszaru pracy grożącego ucieczką termiczną maszyny i jej nieodwracalnym osłabieniem lub wręcz zniszczeniem. Każdorazowe niewielkie osłabienie, o dziesiąte procenta, po wejściu w ten obszar prawie zawsze pozostaje praktycznie niedostrzeżone przez użytkow- nika. Aż się uzbiera tyle, że da się zauważyć - ale już tylko skutek, przyczyna może być nie od razu wiadoma. Natomiast kłopot - jak najbardziej... A może podają chociaż dopuszczalną temperaturę pracy określonych części maszyny? Też nie zawsze... Biedne łożyska, często o zupełnie losowym wymiarze luzów, silnie obciążone składową osiową od ciągu śmigła, też się grzeją... Znowu straty cennych dżuli. A kulki i bieżnie nigdy już nie będą takie same, gdy je podgrzać do 125*C zaledwie, o co wcale nietrudno zważywszy, że chodzi o mikrofragmenty powierzchni współpracujących. Diabeł tkwi w szczegółach - wszyscy to wiemy...