Witam
Jak dla mnie to kret na drzewie to nie kret, to ....... wiewióra :-)
Złapałem ją już w pierwszym locie. Świeży samolot i jeszcze świeższy pilot. Niestety.
Na zdjęciu drugi pilot.
Naczytałem się przed lotem wiele, szykowałem się do niego jak najlepiej, wybrałem czas i miejsce. Sześć wielkich boisk sportowe do rugby. Nawierzchnia trawiasta, drzewa daleko, z drugiej strony zatoka ale pogoda ładna. No to start. Wznoszenie, lot, pierwszy zakręt. Niestety wiatr z morza zdecydował inaczej i silnym podmuchem zabrał mojego park flyera i położył na czubku drzewa. Będzie z 15 metrów w górę. Wchodzenie na drzewo i próba strząśnięcia biedaka z gałęzi nie powiodła się. Gałęzie zbyt cienkie i po wejściu na jakieś 10 metrów stwierdziłem, że bliżej stąd do Św. Piotra niż mojego modelu. No nic, nie poddam się. Coś wymyślę.
Pozostał na drzewie do rana.
Sytuację uratował zespół straży pożarnej z Cosham, coś w rodzaju dzielnicy Portsmouth. Nie byli w stanie wjechać na miejsce wozem, to biegli z drabiną, linami itp. We czwórkę w ciągu 30 min, zdjęli mojego pechowca z drzewa.
Operacja przebiegała na wesoło ale ze zrozumieniem. Panowie stwierdzili, że zdejmowali już wiele rzeczy z drzew ale jeszcze nigdy samolotu. W ramach podziękowań dostali wielki kawał polskiego sernika (flaszka w Anglii źle by wyglądała).
Teraz latam na innym polu, też wielkie ale w środku wyspy (Portsmouth leży na wysepce) i z dala od zatoki.
Byłem pewien, że po nocy na drzewie pakiet odejdzie do krainy wiecznych lotów, a tu niespodzianka, działa i jest w pełni sprawny. Spowodowane było to tym, że pakiet był naładowany a lot nie trwał długo. To go uratowało.
Ot i tak wyglądało moje pierwsze drzewo. Trochę nerwów, śmiechu ale wszystko skończyło się dobrze.
Pozdrawiam