FockeWulf Opublikowano 27 Września 2025 Opublikowano 27 Września 2025 Ty to masz zdrowie i przygody! Miło się czyta Twoje relacje? 1
TooM Opublikowano 27 Września 2025 Opublikowano 27 Września 2025 Kiedyś na Biegu Piastów pomykał w środku stawki facet bez kijków no bo nie miał w czym je trzymać. Dzisiaj wybraliśmy się na wycieczkę po milickich trasach i tak trafiliśmy na Galerię Drucha Bolka Ten człowiek przejechał w wieku 65 lat maraton niepełnosprawnych dookoła świata na rowerze widocznym na filmie. 106 pucharów z zawodów w tym matatonów biegowych ,rowerowych i narciarskich robi niesamowite wrażenie . Natomiast za największe życiowe osiągnięcie uznał cyt. żyłem normalnie . A niech Go , ale normalnie. https://naszesprawy.eu/edukacja/wzor-godny-naladowania/ 4
jarek996 Opublikowano 5 Października 2025 Opublikowano 5 Października 2025 Pospalem calkiem niezle, choc pospalbym ze dwie godzinki dluzej, ale zycie jest niestety brutalne. Moj prom na druga strone Galati odplywa o 7.30, a musze zdazyc do Tulcea (90 km) na statek, ktory plynie o 13.30. Wole miec troszke luzu, kosztem snu . Zrywam sie wiec o 6.30, zjadam zakupione wczoraj wafelki popijajac kompotem, toaleta i nie ubierajac sie w zadne dodatkowe rzeczy (jest juz 18 stopni) jade w kierunku promu. Piekny wschod slonca nad Galati i tylko niecale dwa kilometry do przeprawy. Prom robi juz drugi kurs dnia, wiec podplywa z drugiej strony wjezdzam, stawiam rower i ide kupic bilet (5 Lei). Przeprawa zajmuje okolo 25 minut. Na srodku Dunaju stoja dziesiatki zakotwiczonych barek, czekajacych na rozladunek w miejscowym porcie Doplywamy do brzegu i od razu po 200m wskakuje na waly. Po drugiej stronie majaczy skapane we wschodzacym sloncu Galati Ja w kazdym ostro “waluje” wiele kilometrow. Nic ciekawego sie nie dzieje, kolcow w oponach na razie brak Czesto widac opuszczone chalupy. Widac, ze Rumuni TEZ albo uciekaja z kraju, albo wyprowadzaja sie do miast, zostawiajac swoje “posiadlosci”. Wskakuje na asfalty I przejezdzam obok JEDYNEGO w Unii szpitala dla tredowatych Tichilești – Wikipedia, wolna encyklopedia Naturalnie przyspieszam i przestaje na chwile oddychac Po lewej stronie piekne widoki na Dunaj i na lezaca za nim Ukraine. Droga jedzie wiele ukrainskich tirow, ktore przekraczaja granice w Tulcea (prom). Ja dojezdzam do miejscowosci Isaccea i widzac, ze mam spory zapas czasu staje na sniedanko i piwko. Tym razem lane! Zamawiam sandwicha, ale dostaje dwa. Jest to kajzerka (na cieplo) z grilowana piersia kurczaka, serem, jakas zielenina i sosem. Zjadam spokojnie obserwujac klotnie dwoch zuli nieopodal knajpy. Mijam meczet, co swiadczy o tym , jak bardzo mieszaly sie tutaj rozne kutury Jadac dalej, trafiam na winobranie. Staje i zostaje zaproszony na probe zbiorow Mijam szyld, ktory przypomina mi GDZIE jestem Winnice ciagna sie kilometrami! Z innych owocow, najczesciej widuje sliwki (ale to juz koncowka). Mijam posterunek policji i po kilkunastu kilometrach wjezdzam do Tulcea. Na poczatek postanawiam znalezc port, zakupic bilet na moj statek i spedzic gdzies reszte czasu (jest dopiero 12.15) Moj statek stoi juz przy nabrzezu, kupuje bilet (60 Lei), a za rower (10) doplace pozniej na statku. Na wszystko dostaje bilety! Jade najpierw na loda (robi pani Rumunka). Lod drogi i wodnisty, do tego dwa razy mniejszy jak w domu. Pozniej znajduje knajpe z lanym piwem. Zamawiam jedno zamawiam drugie i biore jeszcze slynne rumunskie paczki serowe PAPANASI Ciorba de burta (flakow) nie mieli Po spozyciu jade powolutku w strone statku i laduje sie nan z rowerem. Przebieram sie w “cywilki” i zasiadam na pokladzie. Ruszamy punktualnie o 13.30. Rejs zajmie 3 godziny 45 minut. Plyniemy srodkowa odnoga Dunaju, ktora nazywa sie Bratul Sulina. Jest jeszcze gorna (na granicy z Ukraina ) i dolna. Dolna NIE jest zeglowna dla duzych statkow! Piekna pogoda i piekne widoki. Po drodze zawijamy do kilku portow, w ktorych ludzie i wsiadaja i wysiadaja, taszczac ze soba olbrzymie toboly. Mijamy statek pelen owiec Mijamy “szybki” statek Plyniemy dalej, a mi zaczynaja sie walic powieki. Wypijam browca i zapadam w gleboki sen Budza mnie podniesione glosy i okazuje sie, ze doplynelismy do celu podrozy, czyli Suliny! Przespalem prawie 1,5 godziny! Zakladam buty (nie przebierajac sie) i jade w strone ujscia Dunaju do Morza Czarnego. Wyjezdzam z Suliny i mam okolo 6 km szutrami. Droga robi sie coraz wezsza konczac sie nagle i przechodzac w podmokle pastwiska. Prowadze wiec rower idac w strone morza Mijam krowy wesolo do nich “muczac”. Gdy sie do nich zblizam, okazuja sie BYKAMI 😄 Brne dalej, czujac pod nogami wode. Dochodze do momentu gdzie dalej isc sie nie da (podmokly treren), ale widze przed soba budynek, ktory wg mapy lezy przy ujsciu Niestety dalej sie nie da! Do budynku tylko woda. Tutaj KONCZY sie moj Dunaj. Nie mam cisnienia isc dalej, bo mialem go przejechac rowerem, a dalej zwyczajnie nie ma drogi. W oddali widze statki, czekajace na wejscie “w rzeke” Zawracam i tym razem ostroznie przechodze kolo bykow. Pasa sie tutaj dziesiatki koni, ktore hasaja sobie zupelnie wolno! Klimat niesamowity. Wracam w strone Suliny, ale zanim wjade do miasta, jade sie wykapac w Morzu Czarnym. Witaja mnie oczywiscie miejscowe psy Plaza prawie zupelnie pusta. Woda ma 22 stopnie. Zamawiam browca i wznosze toast za zakonczenie DUNAJSKIEJ WYPRAWY Po wypiciu i wyschnieciu wracam do Suliny szukac noclegu. Znajduje szybko (prawie w centrum) , biore pryche i zmykam podsumowac koniec podrozy rybka z Dunaju. Sulina jest klasycznym UPADLYM miastem. Dziesiatki bezpanskich psow i klasyczny klimat KONCA SWIATA Jedynie knajpy jakos wygladaja. Zamawiam suma + piwko i racze sie niespiesznie posilkiem w towarzystwie restauracyjnego kota, a po posilku udaje sie lulu. 100 km rowerem i z 80 statkiem CDN 2
jarek996 Opublikowano 5 Października 2025 Opublikowano 5 Października 2025 Zanim dokoncze Rumunie, to poinformuje tylko, ze jezdze jak szalony. Mam juz "napykane" ponad 15 000 km w tym roku , a planuje dojezdzic do 17 000. Dzisiaj byla stowka (dokladnie 105km). Pierwszy zimny dzien (zero z rana), ale slonecznie i bezwietrznie. Jutro oczywiscie tez ide.
jarek996 Opublikowano 13 godzin temu Opublikowano 13 godzin temu Zanim dokoncze Rumunie podsumuje szybko stary rok . Wyszlo tyci, tyci ponad 17 000 km. 16 600 na Garminie i reszta to jazdy bez Garmina, lub kiedy Garmin zdechl (nienaladowany). 31 mieliosmy zakonczenie sezonu. Byly przelaje, dragracing i inne zabawy. Na koniec kielbaska. Za chwile rozpoczynam sezon 2026 (wczoraj niestety lalo caly dzien).
Viper Opublikowano 7 godzin temu Opublikowano 7 godzin temu Gratuluję, piękny wynik Ja poprzedni rok słabiej, trochę usprawiedliwia mnie, że w każdą wolną wietrzną chwilę pędziłem na wingfoila. Ostani raz pływałem/latałem 28.12, przy temperaturze powietrza około 2 stopni i lodzie przy brzegu. Od kilku dni W-wa zasypana śniegiem, co prawda dziś trochę topnieje, więc biegam po śniegu po lesie by przygotować kondycję między innymi pod kątem rowerku. Fajne fotki, jakby koniec zimy/początek wiosny
young Opublikowano 6 godzin temu Opublikowano 6 godzin temu 7 godzin temu, jarek996 napisał: tyci ponad 17 000 km - co tak mało ?
jarek996 Opublikowano 6 godzin temu Opublikowano 6 godzin temu Godzinę temu, Viper napisał: co prawda dziś trochę topnieje, więc biegam po śniegu po lesie by przygotować kondycję między innymi pod kątem rowerku. Masz gravela i NIE jezdzisz po sniegu? 🤔 14 minut temu, young napisał: - co tak mało ? Byloby wiecej, ale trzeba tez znalezc czas na piwo! Gdybym odliczyl "stracony" czas na wszystkie wypite piwa (tylko na roiwerze), to na 100% byloby 20 000 km 😆 Dzisiaj (2 stopnie i 15 m/s!); 1 godzinę temu, a74BACK napisał: Ja zrobiłem tylko 10tyś mniej 😁 Zeby KAZDY zrobil chociaz POLOWE Twojego wyniku, to mialby prawie 10 km dziennie!
Viper Opublikowano 5 godzin temu Opublikowano 5 godzin temu 58 minut temu, jarek996 napisał: Masz gravela i NIE jezdzisz po sniegu? 🤔 Może to i dobry pomysł, jakoś śnieg to mi się zawsze kojarzył jednak z nartami i snowboardem, nie rowerem, ale czemu nie, spróbuję
young Opublikowano 3 godziny temu Opublikowano 3 godziny temu 2 godziny temu, jarek996 napisał: Byloby wiecej, ale trzeba tez znalezc czas na piwo! I to jest konkretne uzasadnienie, tym razem się upiekło. A tak to wiesz że żartowałem . Ja w ubiegłym roku przejechałem cztery.
jarek996 Opublikowano 3 godziny temu Opublikowano 3 godziny temu 2 godziny temu, Viper napisał: jakoś śnieg to mi się zawsze kojarzył jednak z nartami i snowboardem W Warszawie?😅 Jutro u nas ma sypac, ale sie wstepnie umowilismy. Zobaczymy CO z tego wyjdzie. OK, jedziemy dalej z Rumunia (tylko poczekajcie z czytaniem, az wkleje zdjecia)! Poszedlem wczesnie spac, a obudzilem sie stosunkowo pozno i chyba pierwszy raz na tym wyjezdzie sie porzadnie wyspalem! Na dworze juz rano, bylo przyjemne 20 stopni (o 7.30!) , az chce sie wsiasc i jechac! Zjadam jakies wafelki, popijam soczkiem i pakuje klamoty. Odpalam Garmina, a przede mna TYLKO 36 km (do lodzi, ktora odplywa o 11.00) Nie wiem dlaczego wydawalo mi sie caly czas, ze bedzie tam asfalt (lub chociaz jakies plyty), ale niestety tuz za Sulina zaczely sie dosc grube kamole. Plyty tez sa, ale na bardzo krotkich odcinkach. Jade cala trase wzdluz kanalu. Co chwile mijam pasacie sie krowy (i czasem konie), a co kilka kilometrow jakies budki (przy kanalae) z nagromadzonym zlomem wszelakiej masci. Skaczac na tych kamieniach, zastanawiam sie tylko KIEDY zlapie kapcia (ta mysl po przedwczorajszym dniu mnie nie opuszcza). Mysle i mysle i wymyslilem! Powietrze znika momentalnie i natychmiast po zatrzymaniu dostrzegam kolca-giganta. Tak wygladal w srodku w oponie: Na razie wszystko pod kontrola; mam 3 godziny na 36 kilometrow. Zmieniam detke i zakladam przedostatnia cala. Po 3 km, kapec z przodu i z tylu Tym razem drobne kolczyki. Staje, zmieniam detke, ale nastepna musze kleic. Dobrze, ze jade przy kanale, bo moge sobie sprawdzac GDZIE mam dziure. Zakladam detki, kleje jeszcze jedna na droge i ruszam. Po 3 km kapec. Staje wymieniam, sklejam dziurawa i w droge. Po 4 km kapec przod i tyl. Zaczynam byc lekko nerwowy, bo w takim tempie to po prostu NIE zdaze ich tyle pozaklejac do 11.00. W zdejmowaniu opon i pompowaniu jestem juz mistrzem, ale lazenie do kanalu, szukanie dziur, klejenie … Jade dalej, zdjalem specjalnie okulary przeciwsloneczne, zeby lepiej widziec kolce Jednak ich nie widzialem, bo po 5 km kapec z przodu. Przynajmniej szybciej sie kolo zdejmuje Latam, zakladam i z dusza na ramieniu LICZE czas. Probuje wliczyc kilka stopow i niestety chyba nie zdaze, ale nagle zaczynaja sie piaski! Kolcow raczej w nich nie ma, ale predkosc spada do 12 km/h i piaski, jak to piaski, trza wkladac 150% sily, zeby jechac. Na prowadzenie nie mam czasu, wiec walcze. Nagle po kilku km (bylem doslownie MOKRY). Oto mapka "kolczastego" odcinka. Totalna dzicz! W koncu pojawiaja sie na horyzoncie zabudowania Sfantu Gheorghe! Jeszcze chwila walki i patrzac na zegarek, zajezdzam do sklepu, chwytam piwo i wpi…am sie bez kolejki do kasy. Chyba zrozumieli, ze jestytem zestresowany, bo nawet zrobili mi miejsce! Wypijam jedno z najbardziej zasluzonych piw w moim zyciu i zmykam szukac portu, ktory, jak sie okazuje lezy 200 m od sklepu. Moj pan przewoznik macha do mnie z (mialem rezerwacje z rowerem) i upychamy razem rower do lodzi, zakladam kapok i zasiadam obok roweru. Pot ze mnie plynie strumieniami, bo ja jeszcze rozgrzany, a na dworze ze 26 stopni. Punktualnie o 11.00 ruszamy do Murighiol (okolo 60 km i godzinka (z minutami) plyniecia). Okazuje sie, ze pan “kierowca” doskonale rozmawia po ukrainsku, wiec gadamy sobie prawie cala podroz. Plynie z nami jeszcze 6-7 osob (z bagazami). Lodz zasuwa 56 km/h (38 wezlow) A pan kierowca opowiada ciekawe rzeczy o zyciu w Dekcie (jest miejscowy i pochodzi wlasnie ze Sfantu Gheorge, gdzie dostac mozna sie albo kamienna droga ktora ja przybylem, albo lodzia. Tyle ze do Suliny (z ktorej rano jechalem) tez nie ma dalej zadnej drogi! Czyli zycie na koncu swiata! Tak jak pisze: klimaty NIESAMOWITE! Po godzince z hakiem doplywamy do Murighiol i pierwsze co robie, to oczywiscie latam detke (powietrze spadklo jeszcze na lodzi). Wyjalem chyba z 5 kolczykow, Dunaj pomogl zlokalizowac dziurki, ale najpierw na pomoscie powital mnie oczywiscie (merdajac ogonem) pies. 5 km do Murighiol i MUSZE napic sie browca! Po browcu zjadam lunch i w koncu BEZ stresu (juz zadna lodz na mnie nie czeka) ruszam sobie spokojnie dalej. Troszke asfaltami, troszke polnymi drogami W miejscowosci Sarichioi (ruskiej) staje na meczyk 4 ligi rumunskiej. Mecz jest niezbyt ciekawy, wiec po 10 min. ruszam dalej Bedzie tutaj po drodze kilka starych ruskich wsi, gdzie wiekszosc dalej posluguje sie (na codzien) jezykiem rosyjskim! Pozniej mijam stara twierdze Enisala Built in the second half of the 14th century, the fortress was erected at a strategic point for defence and control of trade on the Danube. Over the centuries, Enisala was under the rule of different peoples: Genoese, Romanians, Tatars and Ottomans. Each of these cultures left their mark on the fortress, turning it into an open-air museum. Do celu dnia (Jurilovca, czyta sie Zurilowka, jak zupa zurek) mam okolo 15 km. Mijam poligon ze starymi rusklimi czolgami. Kilometry mijaja bardzo wolno, bo wbrew pozoromdroga prowadzi czaly czas gora-dol. W koncu wjezdzam do “mojej” wsi! We wsi cerkiew rytu staroruskiego i 90% mieszkancow z korzeniami rosyjskimi. Wszedzie slychac ruski! Zjezdzam do portu (wiocha lezy nad olbrzymim jeziorem przedzielonym cienka mierzaja z Morzem Czarnym), znajduje knajpe i zamawiam zupe rybna Wylawiam pietruszke (ktorej nie jadam) i zabieram sie obiad! W zupie dwie potezne porcje ryby Przy posiku towarzysza mi oczywiscie dwa psy! Ten rudy “spiewa” co chwile, zebrzac o kawalek jedzenia. Niestety ciezko sie podzielic z psem zupa. Wypijam browca, grzeje sie jeszcze z pol godzinki w promieniach slonecznych i jade szukac noclegu. Znajduje fajna stara chatke i wynajmujaca jest oczywiscie ruska babcia . Pogawarili my troszke i babcia sobie w koncu poszla (mieszkala gdzie indziej). Pojadlem jej winogron, wzialem prysznic i ruszylem na wies! Pozniej zakupy w markecie (w KAZDEJ rumúnskiej wsi, sa co najmniej 2 markety: magizin mix) , a w porcie zdazylem kupic (z budki) ruskie pierogi z serem (smazone w tluszczu ) i paczki, tez oczywiscie od ruskich babc. Tak zaopatrzony wrocilem do chatki, poczytalem internet i zasnalem NIE troszczac sie o to, ze jutro MUSZE gdzies zdazyc! 1
Rekomendowane odpowiedzi